Multimedia

COŚ WIĘCEJ NIŻ “PRZYJECHALI, ZBUDOWALI, POJECHALI”

Drukuj
Rozmowa z Grzegorzem Wąchockim, który po raz czwarty wyjeżdża na misję. Pomagał budować szkołę w sierocińcu w Indiach i wieżę ciśnień w ośrodku w Tanzanii. Na Zanzibarze będzie budował nowy kościół i szkołę dla dzieci z okolicznych wiosek.
ZNAKI CZASU: Skąd to zamiłowanie do wyjazdów misyjnych i ciężkiej pracy w bardzo trudnych warunkach?
GRZEGORZ WĄCHOCKI: Ta myśl towarzyszyła mi od jakichś dziesięciu lat, jeszcze nie byłem wtedy adwentystą. Chciałem zostawić po sobie coś trwalszego, zrobić coś więcej, niż tylko doraźnie pomagać.
Półtora roku temu trafił Ci się wyjazd misyjny do Indii. Pierwszy.
Już rok wcześniej chciałem jechać, ale były inne sprawy i wyjazd musiał poczekać. I w styczniu polecieliśmy do Indii do sierocińca prowadzonego na wzgórzach przez naszego misjonarza, w środek głuszy – nawet do drogi asfaltowej trzeba było jechać około godziny. Wszystko po to, żeby zapewnić bezpieczeństwo dzieciom.
Drugi sierociniec tej misji działa w dużym mieście – tam nie jest bezpiecznie?
W Indiach nigdzie nie jest bezpiecznie dla dzieci, a w miastach szczególnie. Dzieci są porywane, jest stosowana wobec nich przemoc, są sprzedawane jako mali niewolnicy albo jak samochody – na części, czyli na narządy. W sierocińcu miejskim musiano dwa razy podnosić płot, bo porywacze przechodzili przez niego, żeby wedrzeć się na teren. Dzieci z sierocińca są atrakcyjniejsze od tych z ulicy – są czyste, zdrowie, odżywione, potrafią mówić po angielsku. Do niedawna cudzoziemiec mógł kupić sobie w Indiach dziecko i je wywieźć, teraz są już obostrzenia, ale Hindus nadal może bez przeszkód kupić dziecko – do służby w domu czy do gwałtów.
Skąd trafiają dzieci do tych sierocińców?
Z ulicy. 90 proc. dzieci to sieroty, ale zdarza się, że rodzice sami oddają swoje dzieci. Mają tu dach nad głową, posiłki i zapewnioną edukację. Pracownicy i nauczyciele to przede wszystkim wolontariusze. We wszystkim pomagają też starsze dzieci. Są własne uprawy, kuchnia, woda w studni, agregat prądotwórczy na ropę. Ale i tak bez darowizn ośrodek nie mógłby istnieć.
Pojechałeś budować szkołę.
Tak, za pierwszym razem. Kiedy pojechałem drugi raz i zobaczyłem dzieci biegające po korytarzach, kiedy usłyszałem szkolny dzwonek, to aż usiadłem i łza mi się w oku zakręciła. To uczucie to ogromna zapłata. Jak fajnie jest pracować dla Pana Boga!
Ale drugi wyjazd był spowodowany nagłymi potrzebami. Co się wydarzyło w sierocińcu?
Dostałem telefon od przyjaciela Marcina, z którym pracowałem przy budowie szkoły, a który tam został, że poumierały wszystkie studnie, wyschło źródło. To ogromny problem, bo nie można było nawet spuścić wody w toaletach, a smród nie dawał czasem zasnąć. Po wodę pitną trzeba było jeździć z baniakami siedem kilometrów do najbliższej wsi. Potrzebne były natychmiast pieniądze na budowę nowych studni – 12 tys. dolarów.
I Bóg położył Ci tę zbiórkę na sercu.
Byłem związany emocjonalnie z tym sierocińcem, więc absolutnie musiałem pomóc. Ale było trudno. Apelowałem, chodziłem i prosiłem, w końcu ktoś zasponsorował większą część, ktoś inny jeszcze coś dołożył. Same indywidualne datki. Wysłaliśmy pieniądze, żeby mogli ruszyć z budową.
Jeszcze wtedy nie rozumiałeś Bożego planu – skąd to nagłe wyschnięcie źródła, ten przymus u Ciebie zebrania środków oraz drugi wyjazd…
Nieszczęść było więcej. Uderzył piorun w podstację i spalił się agregat. Nie było też prądu. Do tego zepsuły się samochody i koparka – w jednym czasie. No i okazało się, że właśnie wtedy jestem tam ja, mechanik samochodowy, i mogę to wszystko ponaprawiać. Bo fachowiec w Indiach bierze za dzień pracy przy naprawie koparki równowartość około 2-2,5 tys. złotych! A ja się zastanawiałem wcześniej, czy jest sens, żebym drugi raz tam jechał, skoro już wysłaliśmy pieniądze na studnie… To było też wyzwanie, bo musiałem jechać do miasta z alternatorem w plecaku, żeby pewne rzeczy inni naprawili, a miasto jest oddalone, bagatela, pięć godzin jazdy od sierocińca, do tego nie znam angielskiego… I tylko dzięki Bożej pomocy wszystko się udało. Zresztą prosiłem wszystkie dzieci, żeby się modliły. Ja naprawiam, wy się modlicie, mówiłem. Później, gdy przeprowadzano ankietę, w pytaniu, kto ma najwięcej wiary, dzieciaki wpisały moje imię (śmiech). Gdy wyjeżdżałem stamtąd, pomyślałem, jaki ten Pan Bóg ma plan – popsuło się wszystko, co możliwe, naraz, w jednym czasie – gdy jestem tam ja i mogę pomóc. Bo sprzęt był naprawdę w tragicznym stanie. Fundusze idą na najpilniejsze rzeczy, np. wyżywienie, a na naprawy już nie starcza.
Wygląda na to, że sam Bóg „uśmiercił” studnie, by na czas wykopać lepsze.
Tego nie wiem, ale faktycznie nieco wcześniej w Indiach zmienił się rząd na nieprzychylny chrześcijaństwu. I po naszym wyjeździe, gdy już funkcjonowały w sierocińcu nowe studnie – zresztą dużo wydajniejsze, z czystszą wodą z dolnego źródła, bogatą w minerały – zaczęto zamykać w kraju placówki prowadzone przez Kościoły chrześcijańskie. Jako pierwszą zamknięto ogromną amerykańską organizację, chyba baptystyczną, taki odpowiednik Czerwonego Krzyża, która pomagała dzieciom. Wiedzieliśmy, że w końcu zamkną nasz sierociniec w mieście, ale opiekunowie zdążyli przewieźć większość dzieci do sierocińca na wzgórzach. Tu, na odludziu, można spokojnie funkcjonować. Ale ze starymi studniami przy obecnej liczbie dzieci byłoby to niemożliwe.
Misję w Indiach wykonałeś i zmieniłeś kierunek na Tanzanię. To Boże prowadzenie?
Jestem przekonany, że tak. Do Tanzanii miała wyjechać grupa adwentystów, żeby pomóc w budowie wieży ciśnień obsługujących dwa ogromne zbiorniki na wodę w naszym ośrodku misyjnym. Dołączyłem do grupy, ale potem wszyscy się wykruszyli i zostałem tylko ja. Do Tanzanii sam? Zacząłem się więc modlić. Jednocześnie ponownie zapraszano mnie do Indii, tam jest zawsze coś do zrobienia. Czułem potrzebę wyjazdu i pomocy, coś zbudować, cos naprawić, ale gdzie jechać? Po kilku dniach modlitwy zadzwonił do mnie Mateusz, z którym byłem na misji w Indiach, i zapytał, czy nie jadę gdzieś na misję, bo zaoszczędził trochę pieniędzy i chciałby z żoną dołączyć.
Czyli Pan Bóg dał Ci towarzyszy na misję do Tanzanii.
Tak, potem dołączyły do nas jeszcze dwie osoby i pojechaliśmy w piątkę. W Tanzanii było wszystko świetnie zorganizowane, w przeciwieństwie do Indii. Ośrodkiem zarządza nasz brat z Austrii, który był dyrektorem finansowym tamtejszej szkoły adwentystycznej, więc panuje niemiecka perfekcja. Też funkcjonuje tu sierociniec, są tu dzieci okaleczone, po traumatycznych przeżyciach, pocięte, przypalane. Pracowaliśmy przez miesiąc, a na koniec postanowiliśmy odpocząć i popłynęliśmy promem na Zanzibar.
I turystyczny cel Bóg przekształcił w misyjny, bo teraz organizujesz misję na Zanzibar. Skąd ten pomysł?
Wynajęliśmy z kolegą skutery i w sobotę pojechaliśmy na nabożeństwo do kościoła adwentystycznego w stolicy Zanzibaru. Nawet jak nic nie rozumiem, lubię odczuwać tego ducha wspólnoty, atmosferę śpiewu i wielbienia Boga. Mijaliśmy ichniejsze slumsy – wąskie uliczki „zabudowane” domkami z kartonu, a nawet z beczek – i w samym środku stoi tam murowany kościół adwentystów dnia siódmego! Niesamowite. A do tego 97 proc. mieszkańców to muzułmanie. Na szczęście są tolerancyjni wobec nas. Kościół jest malutki, ale naliczyłem około 300 osób na nabożeństwie! Ludzie stali na schodach, pod oknami, a raczej „przewietrznikami”, dzieci miały na zewnątrz swoje nabożeństwo. Śpiewy słychać tam od rana do późnego popołudnia. Rozmawiałem z tamtejszym pastorem i okazało się, że potrzebują pieniędzy na dach szkoły. Ponieważ została nam niewielka kwota z pieniędzy przeznaczonych na misję, daliśmy mu ją, dzięki czemu mógł skończyć ten dach. Ale opowiedział nam o sytuacji kościoła, że dzieci nie mają się gdzie uczyć, że jest wiele miejsc na Zanzibarze, gdzie ludzie chcą przychodzić na nabożeństwa, ale jest za daleko, żeby mogli przybyć. I przyszedł mi taki pomysł, żeby pomóc.
Przy kościele działa jednak szkoła.
Tak, od pięciu lat. Na początku uczyło się w niej tylko pięcioro uczniów, rok temu już dwadzieścioro dzieci, a obecnie jest osiemdziesięcioro dzieci. Połowa z nich uczy się w szkole podstawowej, połowa w przedszkolu. Ciekawe jest to, że dwadzieścioro uczniów podstawówki to dzieci muzułmańskie, a w przedszkolu jest ich aż trzydzieścioro. Wciąż więcej dzieci chce się uczyć, niż szkoła może przyjąć. Muzułmanie bez oporów posyłają swoje dzieci do chrześcijańskich szkół, choć są uczone biblijnych zasad. Zresztą w ogóle tam się nawraca dużo muzułmanów. Gdy pastor objął kościół na Zanzibarze, było 40 wyznawców, teraz jest ich około 300.
Co planujesz na Zanzibarze?
Chciałbym, aby w innym rejonie powstała nasza kaplica i szkoła dla dzieci. Jeśli zbiorę 30 tys. dolarów, uda się, bo teren jest już kupiony, a cały projekt w sumie dość zaawansowany. Miejsce jest dobre, bo jest tam duże skupisko wsi i sporo dzieci. Mam też taki pomysł, by podczas prac budowlanych – gdyby wyjechało nas więcej – zrobić jeden dzień wolny i zorganizować akcję sprzątania. Zakupić worki, pójść do mieszkańców i pytać: czy mogę ci posprzątać podwórko? Wszystko po to, by zaczęli pytać, dlaczego to robimy. Chciałbym też, aby powstał program dożywiania dzieci z okolicy – przeznaczyć na to np. 5 tys. dolarów z tych 30, lub dozbierać pieniądze. Coś więcej niż „przyjechali, zbudowali, pojechali”. Na przykład zapraszać dzieci w sobotę na posiłek i wyjaśniać rodzicom, że tego dnia jest święto naszego Boga i chcemy Go uczcić, pomagając innym. Być może to uczyni więcej niż szkoła czy kaplica. Zresztą te pomysły misyjne ciągle się rozwijają w mojej głowie. Mam nawet taki dalekosiężny plan, żeby zbudować na Zanzibarze ośrodek misyjno-wypoczynkowy z bazą noclegową dla turystów i oprowadzaniem ich po wyspie. Połowa zarobionych pieniędzy szłaby na utrzymanie ośrodka, a druga połowa na misję. Albo kupić w stolicy kamienicę i na dole zrobić bar ze zdrowymi posiłkami, a na górze pokoje dla turystów. I ewangelizować też turystów. Ja to widzę, naprawdę. Jak tego nie zrobię, to Pan Bóg mnie zapyta, dlaczego tego nie zrobiłem. Bo sponsorów Pan Bóg też by przysłał…
Najbliższe plany, czyli budowa szkoły tuż-tuż. Wyjeżdżacie w listopadzie, zostało niewiele czasu na zebranie 30 tys. dolarów.
Otrzymałem już 10 tys. dolarów – znalazł się darczyńca, kolejne dwa tysiące mam obiecane, ale wciąż dużo brakuje. Bardzo pomogła Fundacja Źródła Życia, która utworzyła specjalne konto do wpłat na swojej stronie fzz.pl w zakładce „Projekty” pod hasłem „Zanzibar”. Będziemy wdzięczni za każdą wpłatę, nawet rzędu 5-10 zł. Mało kto zdaje sobie sprawę, że w tamtych warunkach nasze 10 zł to wartość 100 zł, a tutaj to zaledwie dwie oranżady. Wszystkie pieniądze idą na misję, bo koszty podróży pokrywami sami. Oczywiście potrzeba rąk do pracy, więc każdy chętny może do nas dołączyć.
Zdarzają Ci się też ostatnio nieprzyjemne incydenty…
Odkąd zacząłem o tym myśleć, planować, zbierać pieniądze, przytrafia mi się sporo złych rzeczy: jeden wypadek, drugi wypadek, perturbacje zdrowotne, cały czas coś niedobrego się dzieje. Tym bardziej jestem przekonany, że to słuszna decyzja, Boża inspiracja. Dziękuję Dobremu Bogu za to, że w tym wszystkim daje mi możliwości, chęci, siłę, zdrowie, pomysły, oraz zborowi Łódź-Widzew za modlitwy i ogromne wsparcie przy każdym moim wyjeździe. No i kochanej żonie Kasi za to, że dzielnie znosi trudy podczas mojej nieobecności, oraz mojemu przyjacielowi i wspólnikowi Marcinowi, który opiekuje się wtedy naszą firmą.
Rozmawiała Katarzyna Lewkowicz-Siejka
Jeżeli chciałbyś wspomóc misję finansowo to możesz również dokonać wpłaty na nr konta poniżej. W tytule przelewu należy umieścić: “pomoc dla Tanzanii”
Nr konta bankowego:
36 1140 2004 0000 3202 7103 7987
0

12345 (Oddanych głosów: 1, średnia ocen: 5,00)
Loading...